środa, 03 kwietnia 2013

Zmieniam się z dnia na dzien. To nie są dobre zmiany...coraz wyraźniej czuje ograniczenie mojego organizmu, wielce niewydolnego.

OK., mniej sprawnego, inaczej zdolnego, nie w pełni skoordynowanego...moja dziurawa mózgownica wydaje dziwne polecenia, często wcale przeze mnie nieoczekiwanie. ..

Coraz lepiej piszę, nie wiem czy to tylko kwestia wprawy, czy lepsza praca mózgu. Litery już są na właściwych miejscach, zdania trzymają się kupy, można łatwiej znaleźć jakiś sens wypowiedzi. Niestety, najlepsze pomysły „pisarskie" mam poza biurkiem, najczęściej wcześnie rano, bladym świtem.... nie mam ochoty zbyt wcześnie wstawać, genialne pomysły pryskają w otchłań mojej pół-wiedzy, pół-niewiedzy około 8 rano.

Zamiast gimnastyki włączam telewizor na wiadomości, regionalne, krajowe, kulinarne, kwiatowe. Tak jakby od tego zależało moje dalsze życie. Durne przyzwyczajenie!

Biorę leki, pije wodę, robię kawę i jakieś śniadanie. Sprawdzam pocztę, odpisuje na najpilniejsze posty. Prysznic.

Pędem, kulejącym pędem, na przystanek, albo idę pieszo przez piękny park, słucham ptaków, mijam sprawnych młodych ludzi, bacznie obserwuję moje nogi, a zwłaszcza prawa stopę i drugi palec podczas stawiania i odrywania stopy od podłoża.

Pilnuje także postawy, prostuje plecy, uważam na oddech, w razie zmęczenie staja na mała chwile. Już nie widzę współczujących albo zdziwionych oczu przechodniów. Wcale nie zwracam na nich uwagi. Pilnuje czasu, tempa, staram się iść w miarę równo i spokojnie.

Nie lubię jazdy autobusem. Mam wrażenie, ze wszyscy porządni kierowcy wyjechali do EU, stare i nowe autobusy prowadza ludzie, którzy nie potrafią użyć sprzęgła, a pasażerów traktują jak worki kartofli. Trudno mi utrzymać równowagę, nie mówiąc już o kasowaniu biletu w tłoku, przy uszyciu jednej ręki, w której zawsze mam książki, torebkę czy parasol. W autobusach zawsze mam problem przy wsiadaniu i wysiadaniu, stopnie są za wysokie, ludzie śpieszą się, niecierpliwie popychaj mnie do drzwi....

Za niczym tak nie tęsknię, jak za swoim samochodem, komunikacyjna niezależnością, ale cóż robić. To se ne vraci!

O 10 zaczynam zajęcia z moimi studentkami - mam tylko jednego chłopa w moich grupach!

W życiu tez !

Chyba, ze liczyć syna i wnuki, są daleko i nie maja wpływu na moja codzienność. To chyba dobrze dla mnie i dla nich - nie wiele mogliby pomoc, a w ich pamięci zostałaby kaleka , smętna babka, niech lepiej maja trochę złudzeń, co do mojej kondycji.

Zawsze, codziennie, bez względu na pogodę, wspominam długie spacery w parkach, porównując układ zieleni, aleje, drzewa i kwiaty w białostockimi Plantami.

We Wrocławiu jeździłam tylko tramwajami,w Israelu Twoim samachodem, nigdy nie byłam sama w czasie podroży, myślałam ze Twoje ramie będzie „moim" na zawsze.

sobota, 23 marca 2013

 

 

jpg  

Miałam w grudniu pojechać na ślub mojej znajomej do Izraela. Było już wszystko załatwione, łącznie z moim biletem. Ślub się odbył bez mojego udziału, za to przy akompaniamencie pociskach Hamasu i płaczu części jej rodziny.

Aaron jest 100% Żydem, obywatelem Izraela, ale Hania / Hana jest córka konwertytki .Prawnie wszystko jest w porządku, tylko rodzina Aarona miała inne plany? Dla nich nie jest prawdziwa żydówka i kropka! Urodziła się w Białymstoku, ale jej rodzice wkrótce wyjechali do Szwecji.

Tam poznała swego męża i trzeba było im tam zastać, nie narażaliby się na wojnę, na humory rodzinki....

Aaaron bardzo chciał wrócić i wziąć ślub na ziemi ojców. Mieszane małżeństwo nie jest sprawą prostą. Żadne małżeństwo nie jest sprawą prostą, nie ma znaczenie czy udzielił ślubu rabin czy ksiądz, w Polsce czy w Izraelu.

Często mam wrażenie, ze najbardziej antysemiccy są właśnie Żydzi. Wierzący Żydzi. Znam wiele udanych mieszanych małżeństw, które są dwu-kulturowe, nie wiedzę problemu, jest wydumany. Ale prawo żydowskie stanowi inaczej, jest zacofane i wpycha Żydów do getta, ograniczając prawa nieposłusznych kobiet i mężczyzn.

Gdy moja babcia nie chciała za męża wiecznie modlącego się Żyda, tylko pracującego mężczyznę. Znalazła pol-szlachcica....ale obie rodziny stanęły dęba! Młodzi wzięli ślub w głębokiej tajemnicy w Berlinie, żeby w ogóle doszło do ślubu pastor kazał znaleźć „powód".

Tym powodem była moja matka, w tamtych czasach , w niemieckim Berlinie wystarczyło...

Nawiasem mówiąc para młoda tylko tak powiedziała pastorowi, sprawę załatwiła Babcia : oświadczyła, że jest w ciąży. Z wyliczeń mojej mamy, robionych po 50 latach wynika, ze Babcia nabrała pastora. W ciąże zaszła dopiero po powrocie do Grodna, jako zamężna kobieta. Dziadek był jedynakiem, miał majątek i pieniędzy tyle, ile potrzeba było na załatwienie spraw w urzędach. Dalszej rodziny jednak nie przekonał. Rodzina Babci, moi praojcowie!!! wyklęła swoja córkę, odrzucili ją zupełnie, w rabinacie czy w synagodze podobno odbyło się oficjalne usunięcie  z rodziny, społeczności, gminy. Taka „uroczystość" ma swoja nazwę, wg mnie jest wysoce rasistowska i nieludzka. Pogrzebano moją babcie jeszcze za jej życia i pozbyto się "zbędnych" dokumentów.

Młoda para nie cieszyła się długo małżeństwem. Kama- babcia umarła przy porodzie mojej matki, dziadek Józef został sam z niemowlakiem, więc został bardzo szybko ożeniony z Jadwiga, Polką, katoliczką , która dała mu jeszcze dwie córki. Jadwiga w ogóle nie znała  swoich wnuków, dzieci pasierbicy. Była obca i trzymała nas na znaczna odległość. Nie było jej przy naszych urodzinach, nigdy do nas nie przyjeżdżała. Pierwszy raz widziałam ją i jej dom w 1971 roku, gdy umarła. Pojechałam do Kamiennej Gory jako reprezentacja rodziny, w zastępstwie mojej nieobecnej w kraju Mamy. I z ciekawości jaka była ta  druga babcia, której nie znałam, a raczej, która nas znać nie chciała?

Moja mama nigdy nie czuła się dobrze w domu ojca, wiedziała, ze jest „inna" tylko nie znała powodu. Nikt jej o tym mówił przez dziesiątki lat. Ona sama, jak i reszta córek odebrała katolickie wychowanie, z siostrami żyła zgodnie i godnie, traktowana jednak "inaczej"przez babcię Jadzię, bez miłości, bez zapytania o jej potrzeby czy pragnienia. Losy wojny i przesiedleń rzuciły ją w inna stronę świata , później do Polski.

Zawsze o tym myślę, gdy parę tworzą osoby mieszane z jakiegoś powodu. Jeśli np. osoba pochodzenia żydowskiego, zakocha się w kimś , na przykład ateiście i "przekona" go do swojej religii? Swoich zwyczajów? Tradycji? Jeśli ich dzieci będą wychowywane zgodnie z żydowskimi tradycjami, to co wtedy? Czy to będzie złe? Czy dla gojów taka osoba będzie wrogiem? Będzie obcym. Nie Żyd, nie Polak. Nie nasz.

Przejście na judaizm jest trudne, długotrwale i kosztowne, najczęściej trzeba zmienić miejsce zamieszkania, nauczyć się hebrajskiego, zmienić otoczenie .....Na pewno warto i trzeba, gdy już masz takie postanowienie, ale konwertyta nie ma wszystkich praw, dopiero drugim w pokoleniu .

Europa zmuszona jest przyjąć coraz większą ilość „obcych", „niewiernych" rożnych wyznań, zmienia się obraz ulicy, klasy w szkole, zawodników na boiskach sportowych. Dzieci z małżeństwa mieszanego nie będą Żydami z punktu widzenia prawa żydowskiego, ślub religijny nie jest możliwy. Rabinat nie da takiego ślubu mieszanej parze.W Izraelu wciąż nie ma świeckich ślubów. Należy mieć dzieci z kimś kogo się pokocha, czy to Żydówka czy Arabka czy Pakistańczyk , Niemiec czy Polak. Narodowość nie powinna mieć większego znaczenia, tylko szacunek i miłość, ale nie dla prawa obowiązującego w Izraelu.

Dzieci mogą zostać odrzucone przez rodzinę jeśli zostaną ochrzczone, albo jeśli nie zostaną ochrzczone.I tak zle i tak nie dobrze!

Gdzie mieszkać? jak wychować i jak edukować dzieci? Taki związek to poważna decyzja ...przecie Żydówki "nie mają w poprzek" jak usilnie się upierają mniej przychylni, albo się kogoś kocha albo nie, żyć można wszędzie, czysto teoretycznie , byle z dala od Izraela .....to jest kraj demokratyczny, ale nie dla obcych. Cywilne prawo w ogóle nie istnieje - Żydzi wyjeżdżają na Cypr, do USA, krajów europejskich, żeby wziąć slub cywilny! bez żadnej gwarancji, ze współmałżonek/ -ka  zostanie uznany/-a przez władze w kraju.

Rabini niech się martwią Halachą. W Polsce marwi się episkopat, ojciec Rydzyk, jego moherowa ekipa.

A Hana z Aaronem niech wracają szybko do Szwecji, tam jest więcej wolności i nikt nie strzela ołowiem, choć w ich przypadku względy prawne są spełnione, tylko co zrobić z rodzina....?.

Myślę, że Bóg istnieje, a jak go tam nazwiemy Got, Bóg, Gott, HaShem, Allah, czy katolickie 3 in 1 to nie ma znaczenia, ważne żeby być dobrym człowiekiem.

piątek, 22 marca 2013

Zaraz po wojnie były w Tarnowie setki Żydów. Nie tylko tarnowscy, ale i z okoliczni. Okolice Tarnowa były dość niebezpieczne dla Żydów powracających do swoich miasteczek lub nawet małych wiosek, znane są przypadki mordowania powracających Żydów.

Także i w samym Tarnowie, gdzie o mało co nie doszło do pogromu. Liczba Żydów powracających, czy to z obozów czy tez Rosji, szybko zaczęła się obniżać - ludzie, którzy nie znaleźli bliskich nie chcieli mieszkać na cmentarzu, a także bali się tragicznych incydentów - do Tarnowa docierały informacje i o Krakowie i o Kielcach i o wyciąganiu Żydów z pociągów i mordowaniu ich, o zasadzkach na Żydów uciekających przez góry do Czechosłowacji i dalej do Palestyny,….

Chamek, kuzyn wrócił z obozu niemieckiego, przeżył Płaszów , Auschwitz, Mauthausen.

Po powrocie otworzył swój gabinet dentystyczny.

Pewnego dnia otworzyły się drzwi i padły strzały. Został trafiony w brzuch, ale przeżył to ranienie.

Zlikwidował gabinet i wyjechał z Polski .

Większość Żydów, którzy się po wojnie pojawili się w Tarnowie nie byli przedwojennymi tarnowskimi Żydami, ale z okolic .

W powiecie Dąbrowa Tarnowska, przylegającym do Tarnowa, uratowani z tych miejscowości, Żydzi-chłopi, czyli rolnicy Żydzi, po wojnie nie mogli wracać do swoich gospodarstw, bo ich mordowali chłopi, którzy już w czasie wojny przywłaszczyli i dzielili się ziemią należącą do Żydów.

Może nie masowo, ale było sporo takich przypadków.

Wpadł mi niedawno w ręce spis ludzi pochowanych na cmentarzu żydowskim w Tarnowie po wojnie, i co jest ciekawe, że przy wielu nazwiskach są dopiski "zginął tragicznie", niewątpliwie może znaczyć, ze ich zamordowano… to były dopiski z tamtych czasów.

To były ofiary tych małych pogromów, skrytobójczych mordów na Żydach, którzy odważyli się wrócić do swoich miejsc… do 1953 roku 3/4 Żydów, którzy po wojnie przyjechali do Tarnowa zniknęło.

Wyjechali i do Izraela, Ameryki, Kanady, wyjechali/uciekli z Polski. Niekiedy także dlatego, że też nie byli zachwyceni nowym ustrojem…

W Tarnowie był tzw. Komitet Żydowski do 1949 roku, a później TSKŻ. Znajdował się przy ulicy Goldgammera, w domu byłego żydowskiego wice-burmistrza miasta i wiele tam się działo; organizowano wiele koncertów, występów, obchody różnych rocznic.

No oczywiście byli różni tacy działacze żydowscy, ale wciąż ci ludzie znikali, oczywiście nie rozumiałem tego wszystkiego, chociaż cały czas cos po głowie chodziło, że my też wyjedziemy.

Do 1968 był taki dom modlitwy, bo wszystkie synagogi były zniszczone, główna synagoga – nie mniejsza od tej stojącej w Budapeszcie - została wysadzona przez Niemców, najstarsza została spalona….

Był okres, pamiętam, że przyjeżdżał chyba raz w tygodniu szochet z Krakowa, Żydzi kupowali sobie kury na rynku i przynosili do zarznięcia.

Do roku 1968 minian był zawsze, nawet był taki okres, że było więcej niż potrzeba Żydów w Tarnowie i wtedy „ wypożyczano” niektórych z nas do Dąbrowy Tarnowskiej.

Tam jeszcze byli Żydzi, jedna rodzina nazwisko Roth, którzy stali się dzisiaj legenda w tym miasteczku.

Niedawno tam wyremontowano stara i dość wielka synagogę, która stała się domem kultury i muzeum miejskim i gdzie przeniesiono też żydowskie pamiątki, które znajdowały się w małym muzeum stworzonym w mieszkaniu Rothow, ostatnich Żydów w Dąbrowie Tarnowskiej.

Więc w tej odrestaurowanej synagodze, a wtedy w okropnych i niebezpiecznych ruinach, które w każdej chwili mogły się zawalić, było jedno całe pomieszczenie, gdzie siedzieliśmy, i słuchaliśmy podczas odprawiania modlitwy, jak coś spadało z tej synagogi na ziemię z trzaskiem.

Przyjeżdżali do Dąbrowy także ludzie z innych miasteczek, na przykład z Kolbuszowej. Pamiętam też Żyda mieszkającego w małej wiosce pod Dabrową Tarnowską, który w każdą sobotę przychodził do Rothow na piechotę, to było z 10 km, aby się pomodlić z nimi.

Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska, ale był to fajny człowiek.

Wyjechał z Polski po 1968.

poniedziałek, 04 marca 2013

Dankowi, mojemu jedynemu bratu

 Kudowa Zdrój, 1957 r.

Już nie miałam ochoty jechać na kolonie tego lata, tego ostatniego lata przed naszym wyjazdem z Polski. Tak bardzo chciałam zostać we Wrocławiu, szczególnie gdy wreszcie zrozumiałam, że to ostateczne, że mój Tatuś z nami nie wyjedzie. Ale byłam posłuszną córeczką, nie mogłam się sprzeciwiać Mamie. Pojechałam.

Kudowa Zdrój. Urocza Kudowa Zdrój. Byłam tam poprzednio z rodzicami. Tym razem byłam sama, poczułam się dziwnie obco. Zjechało się dużo dziewcząt, z Wrocławia byłam jedyna. Mania, moja najbliższa przyjaciółka już wyjechała z rodzicami do Izraela, tak jak większość wrocławskich żydowskich rodzin.

Po raz pierwszy znalazłam się sama, jedyna Żydówka w gronie dziewcząt, które wszytkie nosiły na szyi medaliki. Trochę się obawiałam, że tu też tak jak w szkole, przyjdą zakonnice, będą się modlić, a mnie grzecznie wyproszą.

W szkole we Wrocławiu wypraszali nas grupowo (lekcje katechizmu wznowili w Polsce w latach 1955-56 ). Z koleżankami i kolegami było o wiele lżej, wychodziliśmy z klasy i nawet żartowaliśmy

– Bo my jesteśmy wyznania mojżeszowego - powtarzaliśmy chórem i wybuchaliśmy śmiechem (sami nie rozumiejąc w pełni znaczenia, tak niewiele wiedzieliśmy o tym naszym wyznaniu). Wychodziliśmy z klasy gronem - Grynberg, Lewkowicz Berman ,Krakowski, Kaplan, Kopel, Sender, Czerwiec, Kagan.

Było nieprzyjemnie, ale nie tak strasznie, bo razem…

Na koloni zakonnic nie było, ale moje obawy nie okazały się bezpodstawne... W jadalni przysiadłam się do dziewcząt z mojej grupy.

- Ty, jak masz na imię? - padło pytanie przy stole.

Fredzia - odpowiedziałam.

- Fredzia???

-No, jak Chopin – spróbowałam - Fryderyk, a ja Fryderyka, Fredzia.

Wymieniły spojrzenia i chichoty. One miały na imię Marysia, Tereska, Małgosia, Anielka. To nic nie znaczy, próbowałam dodać sobie otuchy. Niech tylko nie pytają o nazwisko i czy chodzę do kościoła.

Nazajutrz padało i zaplanowaną wycieczkę w okolicy odłożono . Były różne zajęcia i zabawy w świetlicy. Naszą instruktorką była pani Stefa. Nie lubiłam jej. Nie wiedziałam jak unikać wieczornego rytuału pani Stefy. Dziewczęta z długimi włosami miały przed snem swoje wstążki owijać na poręczy łóżek, znak dla pani Stefy na sprawdzanie głów. Co wieczór byłam w napięciu. Nie podobały mi się jej spojrzenia, ani dotyk.

- Opalona czy śniada? Oczy ciemne czy jeszcze nie umyte. Codziennie te same niby żarty, szczypała mnie w policzek.

- No Cyganeczka czy Żydóweczka? - uśmiechała się i pociągała za mocno moje włosy rozplątując ciemne, długie, lśniące warkocze.

- Ona jest od Szopena - wtrącały moje współlokatorki stale chichotając.

Byłam na siebie zła. Po co miałam z tym Chopinem wyskakiwać. Mogłam powiedzieć, że mam na imię Halina, moje ulubione polskie imię. Rodzicom zmarło dziecko, dziewczynka urodzona w Rosji, podczas wojny. Byłaby naszą siostrą, gdyby żyła.

Czasami przybierałam jej imię i mówiłam, że jestem Halinka. Jedyna życzliwa twarz należała do Elżbiety z sąsiedniego pokoju.

- My też nie chodzimy do kościoła - pocieszyła mnie.

Zauważyła, że nie klękałam do pacierza i że nie nosiłam medalika. Zrobiło mi się trochę raźniej.

- Nie przejmuj się – dodała - To dobre, ale wiejskie dziewczyny.

Nie przestawało padać.

- Zbliża się burza - wystraszyły się dziewczęta w naszym pokoju i zaczęły się modlić, stawiać obrazki z ikonami przy oknie, mówiły, że boją się grzmotów, a jeszcze więcej piorunów. Nie wiem, jak to się zaczęło. Może zezłościło je to, że siedziałam na swoim łóżku czytając spokojnie.

- Ona się nie boi - krzyknęła jedna z dziewcząt, wskazując na mnie.

- Ona się nie modli - zauważyła druga.

- Niech wyjdzie z pokoju, bo Pani Bozia nas nie usłyszy.

- Tak jest, wyjdź z pokoju - zgodziły się wszystkie.

Wystraszyłam sie, obraziłam się, zawstydziłam się, rozpłakałam się. Wyszłam z pokoju. Mialam 10 lat, byłam daleko od domu, od rodziców i od Ciebie, mój jedyny uwielbiany bracie, przy Tobie przecież zawsze czułam się bezpieczna.

Takiego upokorzenia nigdy przedtem nie doświadczyłam. Próbowałam sama siebie uspokajać. To proste wiejskie dziewczyny - tak jak mówi Elżbieta.

Ale były moimi rówieśniczkami, nic złego im nie zrobiłam. Chciałam przynależeć, chciałam, żeby mnie lubiły. Miałam 10 lat . Wyrzuciły mnie za drzwi prawie jak czarownicę.

Zabolało, obraziło, paliło jak uderzony policzek. Żaliłam się Tobie, a Ty mnie uspokajałeś w liście opowiadając o dalekim słonecznym kraju, naszym kraju.

- Tam nikt już nie będzie dokucza Ci "Żydóweczka", no i będziesz sobie pomarańczę zajadała. Chyba, że ci powiedzą, głupia jesteś, ale nie dlatego, że Żydówka - żartowałeś.

Próbowałam pocieszyć się, ale nie umiałam się pogodzić z tą obelgą. Nie mogłam się doczekać końca turnusu. A deszcz nadal padał. Kudowa Zdrój, piękna Kudowa, kąpała sie tego lata w deszczu, tak jak ja się kąpałam we łzach za obrażoną dziewczęcą dumę, za utracony czas z Tatusiem we Wroclawiu, za to utracone lato, to ostatnie lato przed naszym wyjazdem z Polski, na stałe.

 

Październik 1957

Nic nikomu nie mów – powiedziałeś – Wyjeżdżamy.

Rodzice byli zajęci pakowaniem, likwidowaniem mieszkania, żegnaniem przyjaciół.

Tatuś na razie zostanie w Polsce, tłumaczyłeś, później wyjedzie z żoną, Polką, do Ameryki.

Do szkoły więcej nie poszliśmy. Wielka ulga. Po incydencie na kolonii, już nie chciałam wychodzić z klasy przed poranną modlitwą. I prawie wszyscy znajomi już wyjechali.

Więc wagarowaliśmy z Tobą i z Twoimi kolegami. Było fantastycznie, włóczyliśmy się razem po Wrocławiu, jedliśmy w restauracji, żegnaliśmy moje dzieciństwo, Twoje młodzieńcze lata. Nic nikomu nie mówiłam.

Oddaliśmy książki do biblioteki. Pamiętam zapach starych książek, ten szczególny zapach szarych, wieloletnich okładek. Żegnajcie.

Ostatnie urodziny Mamy we Wrocławiu. Za skromne oszczędności, kupiliśmy w kwiaciarni na rogu Poniatowskiego i Jednosci Narodowej, trzy herbaciane róże. Żegnaj polska jesieni.

Listopad, 1957 rok.

Nic nikomu nie mówiliśmy, jednak na dworzec odprowadzał nas Twój klub pilkarski cały klub I.K.S Slezy we Wrocławiu, między nimi i ci, którzy pisali w szatni „do Palestyny". Więcej było tych, którzy szczerze płakali żegnając Cię.

- Ty nasz, dlaczego wyjeżdżasz? - mówili.

Grzegorz, Twój najbliższy przyjaciel szlochał otwarcie.

Żegnaj Grzegorzu, żegnajcie przyjaciele, żegnaj Wrocławiu.

Pociągając nosem, tuliłam lalkę Halinkę i nowe wydanie „Ani”. Tatuś przytulił mnie.

- Fredziuniu, w Izraelu będziesz miła nowe imię, będziesz Cypora, tak jak Babka Fajga (babka Fajga, matka Taty, zginęła w Gettcie Warszawskim). Ale Fajga to w języku żydowskim (jidysz), a w Izraelu język jest hebrajski, więc tam będziesz Cypora."

Parę lat później w Izraelu.

Miałam prawie dziewiętnaście lat. Byłam w mundurze wojskowym, opalona, zakochana, szczęśliwa. Jechałam na spotkanie z ukochanym. Pamiętasz Włodka? Jechałam do Ramat-Awiwu (tam mieszkała jego rodzina), czyli do "Gomułkowa", tak nazywano Ramat-Awiw, zamieszkany przez polską emigrację.

Język polski można było słyszeć wszędzie. Autobus był przepełniony. Dwie utlenione starsze panie rozmawiały po polsku.

- Piękne rysy ma ta czarnulka, prawda? - powiedziała jedna do drugiej, przyglądając mi się. Nawet nie przypuszczały, że rozumiem. Chciało mi się dodać po polsku – i na na dodatek jest imienniczką Chopina...

Włodek czekał na przystanku. Cześć, Chopinowa – ucieszył się, obejmując mnie.

Wiele lat później.

55 lat po wyjeździe z Wrocławia. Jestem Cypi (Cypora). Tak mnie wszyscy znają w Izraelu, Polsce i Nowym Jorku. Póki byłeś Ty, byli rodzice, byłam jeszcze trochę Fredzią, Fredziunią, Fejgale. Jestem Cypi, ale faktem jest to, że w izraelskim dowodzie osobistym, w paszporcie i we wszystkich formalnych dokumentach - zostałam Fryderyką.

- Cypora - Fryderyka dwojga imion – żartowałeś jak zwykle.

Często mnie pytają:

- Fryderyka? Ejze szem ze? ("Co to za imię?")

- A ja, Izraelka, Żydóweczka, Cyganeczka czy czarnulka, wierna imienniczka Chopina -odpowiadam jak wtedy na dalekiej kolonii.

Kemo szel hamalchin haPolani Chopin – (Tak jak polski kompozytor Chopin) – odpowiadam.

Szmo Fryderyk we ani – Fryderyka (on ma na imię Fryderyk, a ja Fryderyka).

 

C. Bauman Kfar-Saba, Izrael, 2012

poniedziałek, 04 lutego 2013

Rodzice, większość rodziców, oni wszyscy byli tacy sami, nie wiedzieli prawdę mówiąc, co robić. U nich rozdwojenie jaźni było kompletne.

Kim oni są?

Pozostając w bezpiecznych ramach wyznaczanych przez społeczność żydowską, byli częścią żydowskiego świata i zwykle nie ukrywali żydowskiego pochodzenia przed swoimi dziećmi. Poza tą konstatacją o żydowskim pochodzeniu, nie mówili zbyt wiele (czasem wcale) na temat przeszłego życia, tym samym pozostawiając tożsamościową identyfikację bez treści.

Wraz z Zagładą i śmiercią bliskich, wartości wypełniające ich żydowskie życie, odeszły na zawsze, a dzieci dorastały w oderwaniu od ciągłej narracji międzypokoleniowej. Ci sami rodzice uważali, iż powojenne dzieci w większym stopniu niż oni sami powinny być częścią polskiego społeczeństwa. Marzenia o równouprawnieniu były marzeniami o tym, że w nowym porządku będą one mogły być Polakami żydowskiego pochodzenia i pełnoprawnymi obywatelami Polski Ludowej.

Przyswojenie języka polskiego i zdobycie dobrego wykształcenia było gwarantem osiągnięcia pełni praw i wyższego statusu społecznego. Język jidysz nie był potrzebny do osiągnięcia wyznaczonego celu. Status języka żydowskiego pozostawał dwuznaczny. Jego brak przydatności w powojennych warunkach sprawiał, że tracił on na znaczeniu. Dlatego rodzice nie przekazywali dzieciom jego znajomości, dążąc za wszelką cenę do tego, żeby mówiły one przede wszystkim w języku polskim.

Już w latach 40. nawet w grupie żydowskich rzemieślników i robotników, na co dzień posługujących się językiem jidysz, ich dzieci mówiły już po polsku. Z drugiej zaś strony, w obliczu Zagłady, śmierci najbliższych żydowski pozostawał wyznacznikiem ciągłości trwania, nawiązaniem do świata, który nie istniał oraz symbolem przeciwstawienia się asymilacji. Dlatego chcieli oni, aby dzieci uczyły się go jako języka dodatkowego, w państwowych szkołach z żydowskim językiem nauczania i w klubach TSKŻ, podczas kursów językowych. Jednak to polski pozostawał dla powojennych dzieci pierwszym i często jedynym znanym im językiem. Sami pozostając w kręgu języka mniejszości narodowej, rodzice podejmowali próbę „wypchnięcia” dzieci poza żydowskie getto, czego konsekwencją była jedyna wskazana im droga, czyli asymilacja w polskość.

Widząc własne ograniczenia chcieli dla własnych dzieci lepszej przyszłości. Słowa , które pokazały tę dwoistość postaw: Obywatelstwo: polskie, narodowość: polska. Tak zawsze pisałem.

Tak moi rodzice mi pisali.

A sobie zawsze pisali: żydowski. W dowodzie mieli, wszędzie. Tak. Narodowość żydowska.

Tak cały czas konsekwentnie pisali.

A mi pisali zawsze: polska .

Dążąc do zrównania szans dzieci z resztą społeczeństwa polskiego, chcieli, żeby w komunistycznym i świeckim państwie ich dzieci były nadal Żydami.

Wiara w pochodzenie od wspólnych przodków, pociągała ze sobą przekonanie o wspólnej, odrębnej krwi, kulturze i wartościach narodowych. To przekonanie stanowiło realny element więzi grupowych, prowadząc czasem do megalomanii narodowej i nietolerancji (rodzice nadal niechętnie i z niepokojem przyglądali się młodzieńczym miłościom potomków, których obiektami byli Polacy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
free counters free counters
$35,634
Check yours?
Online Casino

Skopiuj CSS